Awokado czy avocado? Jakkolwiek. Z jogurtem i pleśniakiem to „przekąska”

Avocado/awokado z pleśniakiem i jogurtemKupujesz avocado (albo awokado), odkładasz gdzieś w ciepłe miejsce i zapominasz. Jak w końcu znajdujesz je po tygodniu, jest mięciutkie i mówi „zjedz mnie już, bo zaraz będziesz musiał mnie wyrzucić!”. I to jest właśnie moment, kiedy trzeba przyrządzić przekąskę z tego owocu.

Oto, co potrzebne jest do przyrządzenia przekąski z avocado/awokado z pleśniakiem i jogurtem:

- dwa avocado/awokado
- jogurt grecki, trochę gęstszy niż zwykły jou-gurt
- ząbek czosnku
- ser pleśniowy, np. gorgonzola

A tak przyrządzam avocado/awokado z pleśniakiem i jogurtem:

Pleśniaka rwę na kawałki i wrzucam do miseczki. Dodaję łyżkę jogurtu i rozrabiam widelcem na masę. Doprawiam chili albo pieprzem, wyciskam czosnek i dalej rozrabiam. Potem przekrawam owoce – jakkolwiek pisze się ich nazwę – na połówki, wyciągam pestki (albo raczej pesty albo pechy, bo są ogromne), a w ich miejsce wkładam farszyk z pleśniaka, jogurtu i reszty. Tak przygotowane podaję. Wyjada się to wszystko ze skórki małą łyżeczką – tak, jak niektórzy jedzą kiwi. Lepiej nie umawiać się po tym na randki z całowaniem.

Smacznego!

Jarmuż z soczewicą w tortilli. Prosty przepis!

Jarmuż z soczewicą. Farsz do tortilliJarmuż. Leżał na półce w sklepie w półkilogramowych opakowaniach. 5 zł za sztukę. No to kupiłam, 5 zł nie majątek, a może trochę z tego jedzenia się przyrządzi. I się przyrządziło. Tę potrawę wymyśliłam jadąc rowerem z pracy do domu. Oczywiście w kryzysie, gdy już niewiele do włożenia do garnka pozostało.

Oto, co potrzeba do przyrządzenia jarmużu z soczewicą w tortilli:

- soczewica – dałam półtorej szklanki, to było dużo; miałam zieloną soczewicę
- jarmużu kilka dużych liści
- przyprawy – pieprz cayenne, sól, papryczka chili
- czosnek – dwa ząbki

A tak zrobiłam jarmuż z soczewicą w tortilli:
Soczewicę ugotowałam tak, by była miękka. Następnie dorzuciłam do niej czosnek posiekany, porwany jarmuż i doprawiłam. Poddusiłam jeszcze wszystko razem. Następnie zapakowałam do tortilli, w sreberka i do pudełek. Miałam supersycący obiad do pracy na dwa dni. Można też jeść jako samodzielną potrawę, bez tortilli.

Smacznego!

Makaron z liśćmi kalarepy i pomidorami

Makaron z liśćmi kalarepy i pomidoramiLiście kalarepy? To to się je? Pewnie smakuje jak trawa… – Takie myśli przychodziły mi do głowy przez kilka tygodni po tym, jak usłyszałam w radiu pomysł na jedzenie tego, co zwykle się wyrzuca. W końcu kupiłam kalarepę z liśćmi (kilka z nich podobno urwała mi przy płaceniu pani kasjerka, na szczęście tego nie widziałam!) i przygotowałam coś z własnego pomysłu. Ależ to smakowite!

Oto, co potrzebne jest do przygotowania makaronu z liśćmi kalarepy i pomidorami:
- liście z dwóch kalarepek
– pudełko pomidorków koktajlowych (albo zwykłych, też mogą być), ja miałam żółte
– kilka gniazdek makaronu – u mnie były to wstążki
– trochę startego żółtego sera do posypania

A tak przygotowałam makaron z liśćmi kalarepy i pomidorami:

Makaron ugotowałam. Liście kalarepy porwałam na małe kawałki i podgotowałam we wrzącej wodzie. Następnie przełożyłam na patelnię z rozgrzanym olejem i jeszcze trochę podsmażyłam. Dorzuciłam przekrojone na pół pomidorki (z zasady nie obieram pomidorów ze skórki), podsmażyłam wszystko razem. Posoliłam, popieprzyłam i posypałam ziołami prowansalskimi. Następnie do wszystkiego dodałam makaron (przełożyłam prosto z gara, bez odcedzania) i jeszcze chwilę podsmażyłam. Gdy już przełożyłam na talerz, posypałam serem. Mniammm…

Smacznego!

Burgery wegetariańskie, czyli po prostu tanie mielone z soczewicy

burgery wegetariańskieCzego to człowiek na końcu miesiąca nie wymyśli! Końcu miesiąca finansowego oczywiście, bo jaki to koniec 9 października. Także na tym końcu finansowego miesiąca zajrzałam do szafki, w której – gdy miesiąc jest za długi – zawsze coś się znajdzie, bo zazwyczaj w chwilach „króciutkich wskrzeszeń” wrzucam w sklepie do koszyka różne rzeczy z zamiarem zrobienia z nich innych rzeczy. Tym razem znalazła się paczka soczewicy, którą kiedyś w Lidlu kupiłam na „przydasie”. Co by tu, co by tu… Ano kotlety!

Do burgerów czyli kotletów wegetariańskich z soczewicy potrzebne są takie rzeczy:
- dwie szklanki soczewicy zielonej
- dwa jajka
- trochę tartej bułki
- tłuszcz do smażenia
- sól, pieprz, co tam kto lubi

A tak robiłam kotlety z soczewicy, czyli – jak się potem okazało – burgery wegetariańskie:

Soczewicę ugotowałam w takiej samej ilości wody, ile było soczewicy (jedna szklanka wody na jedną szklankę soczewicy), posoliwszy lekko wcześniej. Następnie, gdy już zmiękła, wrzuciłam do blendera i zmiksowałam na niezwykle apetycznie wyglądającą, zieloną masę. Przełożyłam do michy, dorzuciłam dwa jajka, zmieszałam i dosypałam bułki tartej, żeby masa trochę się zagęściła. Można do tego wszystkiego dorzucić jeszcze cebulę, ale akurat nie miałam ani cebuli, ani nawet kasy, żeby ją kupić. Odstawiłam na chwilę, żeby bułka zadziałała i gdy masa trochę zgęstniała, formowałam małe pulpeciki i wrzucałam na rozgrzany olej rzepakowy na patelnię.

Po spróbowaniu pierwszych sztuk okazało się, że wyszły mi dokładnie takie, jak te, które zwykle jem w pobliskiej burgerowni. Tam są elegancko zapakowane w bułę, sosy, warzywa i papier. Dlatego, zainspirowana tym odkryciem kolejne pulpeciki zrobiłam już większe – bardziej rozpłaszczone, o średnicy kajzerki – i w ten sposób otrzymałam BURGERY WEGETARIAŃSKIE :) Polecam.

Jadłam z keczupem, bo lubię keczup, poza tym nic innego akurat nie było w domu, znalazł się też listek sałaty. Można też robić z nimi kanapki ze zwykłego chleba – trochę go jeszcze też mam, także śniadanie jutro będzie udane! Acha, nie muszę chyba mówić, że człowiek – a zwłaszcza biegacz – dużo lepiej czuje się po burgerach z soczewicy niż po burgerach ze świni czy wołu. Leciutko, a przy tym najedzony jest i w ogóle. I jest taniej.

Smacznego!

PS Teraz robię bezy, bo zostały jeszcze cztery jajka :)

„Nie chodzimy po jarach”, pół doby w wąwozach, żelki w rękawie i błoto w butach

1236508_725864294104067_988385433_nPierwsza myśl przed pierwszym punktem? Słowa, zapamiętane na kursie przewodnickim dobre 10 lat temu: NIE CHODZIMY PO JARACH. Gdy tylko zobaczyłam opisy punktów, wiedziałam już, że wszystkie zasady szlag trafił – zapowiadało się pół doby krążenia rowami… no dobra, wąwozami. Ale po kolei.

12 na 16 punktów w wąwozach

Przyznaję, nie do końca zdawałam sobie sprawę z tego, co się święci. Wiedziałam, że to teren pocięty wąwozami – widać to na jakiejkolwiek mapie. Ale nie spodziewałam się, że organizator aż tak wyciśnie je do celów ustawienia PK. A wykorzystał że hej! 12 na 16 punktów umiejscowionych było w jarach: a to na początku wąwozu, a to w rozwidleniu na górze, a to na dole… inwencji było co nie miara. Niektóre stowarzysze obstawiały wszystkie okoliczne jary, czyli naprawdę były możliwości do strzelenia buraka. Jak się jednak okazało z czasem, nie było aż tak strasznie trudno.

1619599_725864354104061_1661231445_n 1939599_725875640769599_683738309_n

Wariant, który wybrałam, także i tym razem okazał się – delikatnie mówiąc – należeć do tych niezbyt udanych. Jak zwykle, zniszczyłam się na końcówce bezproduktywnym, długaśnym przelotem, na którym nie zbieraam już punktów, tylko łoiłam bez zastanowienia kilometry do bazy. Wpadając na takie superpomysły chyba wyobrażam sobie zmęczenie pod koniec i podświadomie boję się ciorania po krzakach po ciemku. Na następnych zawodach zamierzam ściągnąć wariant od kogoś lepszego, więc strzeżcie się chłopaki!

1779865_725864307437399_94107499_n 1924971_725864420770721_729496223_n

Najpierw lewa, potem prawa, a na koniec długo nic

A jakiż to superwariant? Ano najpierw postanowiłam załoić punkty po lewej stronie mapy – zygzakami – potem skierować się w lewy górny róg, następnie na wschód, skosić punkty po prawej stronie mapy wzdłuż drogi w kierunku południowym, na koniec zostawiając sobie PK11 i stamtąd już drogami wrócić do bazy.

Pierwsze punkty wchodziły jak w masełko, dlatego przez dużą część dnia żyłam nadzieją, że skończę całość w ekspresowym tempie. Wąwozy, których bałam się najbardziej, okazały się całkiem łaskawe. Nieraz nawigowałam grzbietami i nachodziłam prosto na punkt, który znajdował się dokładnie tam, gdzie to przewidziałam. W zasadzie zdaje się, że z tych „pewniakowych” wąwozów – czyli takich, co do których byłam przekonana, że dobrze je zlokalizowałam – tylko przy jednym się pomyliłam. Drugi stowarzysz padł niedaleko pierwszego, trzeci zaś zdarzył się na ostatnim wąwozie z mojej trasy, w którym znajdował się PK11. Stamtąd jednak pamiętam jedną myśl: „Niechże się już jakikolwiek punkt znajdzie, bo jak nie, to chyba będę tu nocować. Nie wrócę bez kompletu przecież!”. Było prawie pewne, że to się prawidłowym punktem skończyć nie może… Żeby było uczciwie, wspomnę, że zaliczony został jeszcze jeden – na punkcie numer cztery. Co do niego jednak, już zapisując go na karcie wiedziałam, że nie jest dobry, potem skreśliłam, ale już na próżno. Zostało wliczone…

1959810_725875584102938_1082435761_n 1926919_725864507437379_1729987164_n

Wrócić tu z rowerem

Piękne były widoki z wieży widokowej na PK12, niech żałują ci, co byli w nocy. Mi trafiła się w drugiej połowie dnia, tuż przed zachodem. Z grzbietu, którym do niej szłam, rozciągały się przecudne widoki na prążkowane grzbiety, słońce zachodziło cicho i nawet błocko z pól nie ciążyło tak bardzo na butach, jak się tak człowiek rozglądał dokoła.

Panoramy, które się roztaczały w czasie tych długich przelotów grzbietami, powodowały tylko jedną myśl: latem wracam tu z rowerem, znajdę łąkę, drzewo i po dniu pedałowania spędzę wieczór na takiej trawce. Patrzeć będę na to wszystko wokół i myśleć: „jakie życie jest piękne, gdy nie trzeba schodzić do wąwozów”.

1962878_725875774102919_1918640608_n

15115_725875747436255_586597148_n

Wkręcać samą siebie

Przestało mi się trochę układać po zmroku, tak zresztą, jak się tego spodziewałam. Po ciemku nie było za bardzo widać rzeźby terenu, a co najgorsze, dojście do PK11 z PK16 okazało się być jednym z najbardziej perfidnych na całej trasie. Mapa średnio zgadzała się z rzeczywistością, dlatego postanowiłam po prostu lecieć na południe. Z grubsza mi się udało. Gdy jednak teraz patrzę na zapis trasy, dochodzę do wniosku, że pojawił mi się pewien problem z wiarą we własne możliwości. Czym się objawia? Ano tym, że nawiguję dobrze, w zasadzie kieruję się prosto na punkt, a gdy już jestem blisko, dochodzę do wniosku, że buraczę  w jedną czy drugą stronę i zaczynam łoić buraka na serio! Pobieżna analiza wykazuje, że działo się tak we wszystkich trzech przypadkach buraczków z ostatniej soboty.

1690468_725864480770715_2062886563_nOstatecznie zaliczyłam wszystkie punkty w czasie 14 godzin i 6 minut, do tego doszło mi 1:40 kary za cztery stowarzysze i 10 minut za skreślenie na karcie. Przegrałam z jedną koleżanką, czyli miejsce drugie. Satysfakcję mam taką, że calusieńką drogę wynawigowałam sama, nie bałam się aż tak bardzo, jak noc zastała mnie w lesie i biegłam gdzie tylko się dało. Teraz chciałabym tylko, żeby w nocy nie śniły mi się już wąwozy, proszę, proooszę.

Fajne było to:
- niektóre wąwozy były naprawdę piękne – rozległe, szerokie, z niesamowitym światłem
- przeloty odsłoniętymi grzbietami
- dwa spotkania z sarenkami
- lasy bukowe, przebieżne, piękne
- drapieżnik, który krążył mi nad głową do spółki z krukiem i sobie tam wrzeszczały, miałam tylko nadzieję, że to nie na mnie czekały
- zachód słońca – magiczny, cichy, taki trochę jak z Beskidu Niskiego
- kotlet mielony na końcu
- dobrze, że wyszło mi 63 km. Chudy Wawrzyniec w końcu sam się nie przebiegnie, przyzwyczajam się do przedługich biegów. W ogóle niedługo chyba liczba „63″ stanie się moją ulubioną.

Niefajne było to:
- niektóre wąwozy nie były fajne – ciasne, wąskie, zarośnięte, a co najgorsze – zawalone śmieciami. Na szczęście tych fajniejszych było więcej
- błocko, które w niewyjaśniony sposób dostało mi się do butów. Chyba przesiąkło przez ścianki! Potem uformowało wałeczki pod stopami i teraz nie mogę chodzić


1013745_725864844104012_2137276546_n1912275_725697484120748_2065238131_n

1620736_725875694102927_1424729722_n

Co jadłam i piłam?
Góralkopodobne wafelki z Lidla w liczbie dwóch, pół litra wody i paczka żelków (niecała), zapakowałam sobie je do rękawa i podjadałam.

 

 

 

To moje buraczki:

skorpion 2014

 

 

 

 

 

A tu zapis z Endomondo:

Zebra. Ciasto takie

zebraZebrę robiło się u nas w domu odkąd pamiętam. W prodiżu. Teraz prodiże są już rzadkością, ale ciasto na szczęście można spokojnie upiec też w piekarniku. Najlepsze jest to, że przepis jest podany w szklankach, a nie gramach, co ułatwia zadanie niewprawionym.

Oto, co potrzebne jest do zebry:

- szklanka oliwy
– półtorej szklanki cukru (ja dałam mniej)
– 4 jajka
– trzy łyżeczki proszku do pieczenia
– 2 łyżki kakao
– szklanka gorącej wody
– dwie i pół szklanki mąki

A tak się robi zebrę:

Cukier i jajka zmiksowałam, dodałam mąkę zmieszaną z proszkiem, oliwę, wodę i jeszcze zmiksowałam. Podzieliłam ciasto na pół, do jednej połowy dodałam 2 łyżki kakao, a do drugiej – 2 łyżki mąki. Lałam ciasto na środek na zmianę – raz białe, raz czarne. Potem upiekłam (babcia nie napisała w przepisie, jaka powinna być temperatura i jak długo trzeba piec, uznałam więc, że standardowe 180 stopni będzie w porządku i sprawdzałam na bieżąco, czy jest już ok). Jak na złość ciasto trochę na koniec opadło, ale w smaku i tak było jak stara dobra zebra ;)

Smacznego!

Sałatka z rukolą, melonem, awokado i serem pleśniowym

salatka melon awokadoI znów wszystko zaczęło się od pytania: co tutaj mamy w lodóweczce… A że właśnie został kawałek melona, pleśniak, a obok lodówki dojrzewało awokado, decyzja, co tu przygotować, przyszła bardzo łatwo.

Oto, co potrzebne jest do sałatki z rukolą, melonem, awokado i serem pleśniowym:

- rukola
- melona 1/3 mniej więcej
- dojrzałe awokado
- trójkącik sera pleśniowego lazur albo podobnego
- miód
- sól, chili, oliwa

A tak zrobiłam sałatkę rukolą, melonem, awokado i serem pleśniowym:

Bardzo łatwo. Rukolę wsypałam do miski z pokrojonym w kostkę melonem, awokado i pokruszonym serem pleśniowym. Doprawiłam następnie solą, chili, skropiłam oliwą, a na koniec polałam miodem. Potem wystarczy zmieszać i jeść. Nie wyobrażacie sobie takiego połączenia? Ja też sobie nie wyobrażałam, dopóki sama na nie nie wpadłam :)

Smacznego!

Karp po staropolsku – w miodzie i winie

Mówicie, że niedobry karpik? Że mulisty? No to spróbujcie tego przepisu! Raz to zrobicie, a będziecie powtarzać co roku. Ja powtarzam…

Oto, co potrzebne jest do przyrządzenia karpia po staropolsku w miodzie i winie:

1 kg karpia
2 marchewki
2 pietruszki
2 cebule
liść laurowy
ziele angielskie
goździki

pół szklanki miodu
pół szklanki białego, wytrawnego wina
łyżka drobno krojonych migdałów
łyżka utartego piernika
odrobina cynamonu
pół cytryny
sół

A tak przyrządzam karpia po staropolsku w miodzie i winie:

Dużo tych składników? Spokojnie, damy radę. Sprawionego karpia płuczę, solę i kroję w pasy. Gotuję wywar z warzyw z dodanymi: liściem laurowym, zielem angielskim i goździkiem (2-3). Warzywa odcedzam, a do wywaru wkładam karpia tak, by woda przykrywała rybę. Gotuję na wolnym ogniu po przykryciem, uważając, by karpik się nie rozgotował. Sos przygotowuje się tak: w rondelku podgrzewam miód, dodaję piernik i szklankę wywaru z ryby, dalej goździk, cynamon, startą skórkę z cytryny. Odcedzam, dodaję rodzynki i migdały, solę lekko.

Karpika wykładam na półmisek i polewam sosem.

Smacznego!

Pierogi z kapustą i grzybami

Nie od razu odważyłam się zrobić pierwsze w życiu pierogi. Przekonanie się do nich zajęło mi dobrych kilka lat. A jak już ugotowałam je po raz pierwszy, to się okazało, że to jest strasznie proste. Podaję przepis na pierogi z kapustą i grzybami, które znajdą się na naszym wigilijnym stole.

Oto, co potrzebne jest do pierogów z kapustą i grzybami:

Na ciasto
3 szklanki mąki
jajo
1/2 szklanki wody
szczypta soli
łyżka oliwy

Na farsz
pół kilo kapusty kwaszonej
6-7 grzybów suszonych lub mrożonych
cebula
przyprawy

A tak robię pierogi z kapustą i grzybami:

Najpierw farsz. Kapustę kroję, zalewam wodą, dodaję listek laurowy, jałowiec, pieprz i gotuję aż zmięknie. Grzybki namaczam w nocy (jeżeli suszone), kroję, dodaję do kapusty. Na patelni podsmażam cebulkę, potem dodaję do niej odcedzoną kapustę z grzybami, doprawiam i podsmażam. Na koniec można zagęścić kapustę łyżką mąki zmieszaną z pół szklanki wody. Studzę.

Teraz ciasto. Wszystkie składniki zagnieść trzeba i odstawić na 15 minut. Potem rozwałkowuję ciasto na cieniutko i wykrawam kółeczka, nadziewam farszem, sklejam i wrzucam do osolonej wody. Gdy wypłyną, są gotowe. Układać je trzeba tak, żeby się nie sklejały, najlepiej na szmatce. Przed podaniem lubię je jeszcze podsmażyć, żeby były chrupiące.

Smacznego!

Świąteczne pierniczki. Do malowania i na choinkę…

1464032_698798206810676_264797417_n

Gdy zaczynałam gotować, jako pierwszych nauczyłam się robić słodkości, a dopiero potem przyszedł czas na poważniejsze rzeczy – mięsa i inne potrawy. Dlatego odkąd gotuję, na święta zawsze pieczemy ciasteczka. Najpierw cynamonowe gwiazdki (dam przepis jeszcze przed świętami) z migdałów i lukru, a od kilku lat muszą być pierniczki – malowane pisakami i posypane kolorowymi posypkami. Zazwyczaj podwajam proporcje, dlatego do malowania mam ich potem miliard! Ale jaka radocha :D

Oto, co potrzebne jest do świątecznych pierniczków (proporcje na pół miliarda):

- 50 dag mąki
- 20 dag cukru pudru
- 20 dag miodu
- 12 dag masła lub margaryny
- jajo
- 2 łyżki przyprawy do piernika
- posypki, polewy, pisaki, kruszone orzechy, perełki – czyli to, co chcemy położyć na pierniczki

zdjęcie (12)

A tak robimy pierniczki (straszne proste!):

Miód podgrzewam razem z cukrem i przyprawą korzenną. Mąkę wysypuję na blat (robi za stolnicę), robię wgłębienie, wlewam mieszankę miodową, zagniatam ciasto jak na pierogi. Wyrabiam aż będzie gładkie i jednolite w przekroju. Potem pozostaje już tylko rozwałkować i wycinać foremkami kształty. U nas na pewno nie zabraknie jeży, reniferów i wilka, ale oczywiście tradycyjnych gwiazdek i serduszek też narobimy. Bywają też wycinane nożem kościółki, jak powyżej…

Ciastka pieczemy w nagrzanym piekarniku (ok. 180 stopni) około 7-8 minut, niech za bardzo się nie zarumienią. Ja układam na papierze do pieczenia i wymieniam na blasze tylko kolejne porcje – to usprawnia pracę. Po upieczeniu pozostawiamy chwilę na papierze, żeby trochę stwardniały i dopiero odczepiamy. Na początku pierniczki są twarde, dopiero po dwóch-trzech dniach, gdy nabiorą wilgoci z powietrza, stają się miękkie i idealne do jedzenia. Malujemy wedle uznania. Można je wieszać na choince, ale tylko wtedy, gdy się nie ma psa-żarłoka…

Smacznego!